• www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

www.olecko.info

Olecko - historia, geografia, mapy, artykuły, dokumenty ...

User Rating:  / 2
PoorBest 


Po trzydziestu ośmiu latach, rok 1983: Co pozostało w pamięci? Herbert Reinoß

Minęło prawie czterdzieści lat. Długi czas! Jakże zmienił się świat! Lecz ja nadal miewam ciężkie sny. Nadchodzą mnie znienacka i zawsze śni mi się to samo: napaść z zaskoczenia. Jest wojna, rosyjskie czołgi wkraczają do położonej wśród pagórków wioski (wioskę mojego dzieciństwa otaczały pagórki) i już najwyższy czas, aby ukryć się w ciemnym, gęstym lesie... Najczęściej ogarnia mnie wtedy paraliż i staję się obserwatorem, niezdolnym do jakiegokolwiek ruchu... I przez cały czas mam świadomość niebezpieczeństwa, grożącego moim bliskim i kochanym. Boję się, że zostaniemy rozdzieleni, a może stanie się coś gorszego. Zapada zmrok i na niebie pojawia się czerwona łuna. Podobnie jak w czasie pożaru w Braniewie w 1945 roku.
Od dnia naszej ucieczki przed Armią Czerwoną wyrosło nowe pokolenie. W owym czasie miałem dziesięć lat; niedługo skończę pięćdziesiąt. Wiele szczegółów zapomniałem, lecz jedno mam ciągle w pamięci: przytłaczający, paniczny lęk przed zadającymi cierpienie i śmierć żołnierzami wroga. W moich snach pojawiają się obrazy z dzieciństwa, a dominuje w nich stary, najwidoczniej niemożliwy do zapomnienia, strach.
Pod koniec roku 1944 opublikowano relacje z Nemmersdorf o okropnych morderstwach - to wszystko utrwaliło się w mojej świadomości i działa jak długotrwała trucizna.
W zimowy poranek styczniowy rozlegają się okrzyki: „Rosjanie mogą nadejść lada chwila, ratuj się kto może!".
Dotychczas niewiele z moich snów należało do spokojnych i malowniczych lub niemalże anegdotycznych. Ich treść utrwalałem następnego dnia rano, robiąc notatki.
ZatykiŚniło mi się kiedyś, że byłem w drodze z królem Prus, Fryderykiem II. Uciekaliśmy bryczką, którą ciągnęły dobre, zwrotne konie. Później ukryliśmy się przed rosyjskimi czołgami w małym, bardzo ciemnym zagajniku liściastym. Czołgi przejeżdżały niedaleko pagórków. Znaleźliśmy się na skraju tego zagajnika i wypatrywaliśmy wroga. Ogarnął mnie smutek, że Fryderyk Wielki znalazł się w takim położeniu... Z drugiej strony wszystko wydawało mi się o wiele mniej niebezpieczne, wiedziałem bowiem, że on zawsze wszystko wytrzymywał, a i tym razem na niebie nie było czerwonej łuny. Pomyślałem sobie: jego nie dostaną tak łatwo w swoje ręce, tego starego Fryca, dla niego może wszystko jest po prostu taktycznym manewrem. Ba, może nigdy nie uda im się dopaść tego sprytnego cwaniaka...
Ludziom postronnym może się wydawać śmieszne i oznaczać istne szaleństwo, że po mojej stronie nie znalazł się ktoś mniej znaczący, tylko właśnie Fryderyk II. Jednak trzeźwo myślący, znający dokładnie dzieje króla, odnajdą w tej historii sens. Gdy w 1980 roku moja żona jechała ze mną do ZatykiPrus, kilka kilometrów na wschód od Frankfurtu natknęliśmy się na miejscowość Kunowice - dawne Kunersdorf, gdzie Fryderyk w 1759 roku poniósł największą klęskę w walce z Rosją i Austrią w czasie wojny siedmioletniej. W tej miejscowości zacząłem zastanawiać się, jak krwawa była walka o kawałek ziemi albo prowincję. Jakby chodziło o zmianę całego świata. Dwieście lat później owa bitwa przedstawia jedynie fakt historyczny, niepotrzebne zdarzenie, iż trudno nawet zrozumieć, dlaczego musiało tutaj zginąć tak wielu ludzi...
Zaczynałem pewne rzeczy rozumieć, a mianowicie, że nadaremnie tak zwani wieczni władcy robią plany i prowadzą rokowania. Życie toczy się nieprzerwanie dalej swoim biegiem i nie jest możliwe opracowanie prognozy wydarzeń. Nadchodzą burze i orkany, a po nich wszystko wygląda inaczej... Gdy ktoś spojrzy po dwustu latach wstecz i zapozna się z cierpieniami Niemców w 1945, jak oceni te zdarzenia? Jak będzie w tym czasie wyglądała konstelacja: Niemcy, Polska, Rosja, dwa niemieckie państwa i odebrane nam wschodnie tereny?
Sprawy o doniosłym znaczeniu, tak zwana wielka polityka, dotykają najczęściej zwykłych ludzi. Mój ojciec odziedziczył kiedyś małe gospodarstwo na Mazurach. Powiększył prawie czterokrotnie jego powierzchnię. Musiał żyć bardzo oszczędnie, rzadko bowiem udaje się zrealizować marzenia bez odejmowania sobie wszystkiego od ust. A potem nadeszła fatalna w skutki, bezsensowna wojna. Niemcy przegrali, Prusacy musieli uciekać albo wypędzono ich jak ostatnią hołotę. Z odziedziczonego i powiększonego majątku pozostały tylko rzeczy, które mieli na sobie.



MazuryCo przetrwało w naszych wspomnieniach z czasów, kiedy wszystko uległo zmianie, przestało istnieć? Co pamiętamy z zimy 1945 roku?
Rozmawiamy na ten temat trzydzieści osiem lat po ucieczce, dokładnie -w czerwcu 1983 roku. W rozmowie bierze udział matka, wtedy mająca trzydzieści dwa lata, siostra Hannelore, wówczas pięcioletnia dziewczynka, moja żona Anneliese, która towarzyszyła mi w 1980 roku w wycieczce do Prus i odwiedziła miejsca mojego dzieciństwa i ucieczki. Wspomnienia matki i moje są najbardziej zgodne. Nie dziwi fakt, że ona pamięta więcej szczegółów i potrafi je obrazowo przedstawić. Wiele z jej opowiadań wykorzystałem w mojej relacji.
Pod koniec rozmowy matka podejmuje próbę podsumowania. Wymienia członków rodziny, którzy stracili życie. Dwóch synów tych krewnych zginęło na froncie, córkę tamtych zabrali do Rosji, ktoś inny umarł, a starsze pokolenie wymarło.
Czyjaś siostra (matka, nie może sobie przypomnieć nazwiska) została zgwałcona przez Rosjan. Jej matka nie chciała na to pozwolić i zastrzelili ją na miejscu (matka zamyśliła się i z pewnością myślała teraz o sobie). Mówiło się, że kobiety i dzieci będą pozostawione w spokoju, ale kto mógł wiedzieć...
Nasze przeżycia były okropne, ale najgorsze zostało nam zaoszczędzone - nie wpadliśmy w ręce Rosjan...
W ten wieczór podkreśla to kilkakrotnie:
- Co za szczęście, że los oszczędził nam spotkania z Rosjanami!
Trzy lata przed tym rodzinnym spotkaniem w słoneczne czerwcowe dni zobaczyłem znowu Mazury. Po trzydziestu pięciu latach! Kraj moich przodków i własnego poczęcia. Nieodłączną część moich wspomnień stanowią straszne zdarzenia z późniejszego okresu, z końca wojny, kiedy to omal nie straciliśmy życia.
Wspomnienia! I równocześnie coś więcej. Osobliwe przeżycie. Albowiem podróż w rodzinne strony dodała czegoś nowego do mojego stosunku do ojczyzny, mogę powiedzieć, że zobaczyłem ją w nowym świetle. Nie tylko poczułem się tak, jakbym coś odzyskał. Wizyta na Mazurach wywarła wpływ na moje dalsze życie i w pewnym sensie je wzbogaciła.
Przez kilka dni jeździliśmy z żoną, pochodzącą z Dolnej Frankonii, przez tereny pełne pagórków, jezior i lasów. Byłem pod ogromnym wrażeniem otaczających mnie widoków - niezwykłych i z niczym nieporównywalnych. Tak! To było spotkanie z pięknem natury, niezmienionym ręką człowieka, jak prosta pieśń ludowa. Wszędzie wyczuwało się melancholię, a w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że chociaż człowiek broni się i wpływa na własną wyobraźnię, to tutaj sam krajobraz wyraża, co działo się w tej okolicy. Wyraża nie tylko brutalne wydarzenia sprzed czterdziestu lat - jako ostatnie i dla nas najgorsze wśród szeregu innych w czasie okrutnej wojny, lecz także napaści Tatarów, epidemie zarazy oraz pełne trudu i znoju życie codzienne.




Oczywiście przede wszystkim pojechałem do Schwarzberge, w powiecie ełckim (tak nazywała się ta wioska, przedtem nosiła nazwę Rydzewen, dzisiaj Polacy nazywają ją Rydzewo). Tutaj urodziłem się w 1935 roku, tutaj mieliśmy gospodarstwo i mieszkaliśmy do jesieni 1944 roku. Powtórne spotkanie nasunęło na myśl jedno słowo: STRACONE.
MazuryDzisiaj, aby tam dojechać, trzeba przemierzyć setki kilometrów przez zamieszkane przez Polaków regiony, a do granicy, gdzie na wypukłości zaczyna się niewyobrażalna Rosja, jest tylko siedemdziesiąt kilometrów.
Uświadomiłem sobie zaszłe zmiany szczególnie w momencie, gdy stanąłem przed szkolnym budynkiem z cegły. Wszedłem jeszcze raz do gmachu, przed którym rozciągało się podwórze (teraz obrośnięte chwastami), gdzie spędzaliśmy przerwy. Przypominałem sobie te pauzy niemal w najdrobniejszych szczegółach. Równocześnie odniosłem wrażenie, iż to prawie niemożliwe. Naprawdę tutaj chodziłem do szkoły? Tutaj, gdzie na mapie samochodowej zaznaczona jest wieś w dzisiejszej Polsce?
Sielankowa wioska, położona po wschodniej stronie małego jeziora, którą miałem w pamięci, przedstawiała obraz upadku. Słyszałem wprawdzie o zniszczeniach, lecz nie o całkowitej zagładzie. Byłem przerażony. Nie ukrywam, że odczuwałem to jako katastrofę. Musiałem sięgnąć głęboko do pamięci: równie zniszczone były miasta podczas wojny trzydziestoletniej, które potem poszły w zapomnienie. Historia kultury używa w takim przypadku określenia „całkowite spustoszenie". Później myślałem częściej o dewastacji w obu okresach - w roku 1945 i podczas wojny trzydziestoletniej.
Tam, gdzie kiedyś nad jeziorem stało nasze gospodarstwo, nie było śladu ani domu, ani stajni, ani stodoły. Miejsce zarastały krzaki i chwasty. Absolutna dewastacja dzieła rąk ludzkich. Jednakowoż w tej porosłej w ciągu ponad trzydziestu lat dziczy jedno było jak dawniej: na naszym podwórzu zakwitł właśnie bez, jak każdego roku w moim dzieciństwie...
ZatykiZatem w Rydzewie, w powiecie ełckim, rozpoczęła się nasza ucieczka. Babcia, mieszkająca dziesięć kilometrów dalej na wschód, w wiosce Zatyki, leżącej w powiecie oleckim, mogła wyjechać wcześniej.
Pochodząca stamtąd moja matka wspomina po prawie czterdziestu latach:
- Jak wyjechali już mieszkańcy wsi Zatyki, a my jeszcze ciągle byliśmy w domu, pojechałam tam jeszcze raz na rowerze (jazda trwała pół godziny). Gdy weszłam na podwórze ładnego gospodarstwa, zobaczyłam, że wszystko było opuszczone i drzwi stały otworem. Nagle ze wszystkich stron nadbiegły: pies (piękny owczarek), kury, świnie, bydło... Można utracić wszystko - mówi matka - rzeczy materialne, to nie jest najgorsze. Ale zwierzęta! Jak one patrzyły mi w oczy... Chciałam zabrać chociaż psa. Ale on nie chciał, wolał zostać w domu... Albo nasza krowa z Rydzewa - opowiada dalej - pod koniec musieliśmy ją oddać, a ona pewnego wieczoru zaryczała przed wrotami naszej stajni. Uciekła tamtym i wróciła...
W naszej rodzinie było dużo dzieci. Miałem czworo młodszego rodzeństwa, chociaż sam liczyłem dziesięć lat. Najmłodsze leżało jeszcze w wózeczku. Pod koniec października 1944, wcześniej niż inni mieszkańcy wioski, otrzymaliśmy polecenie stawienia się, pewnego dnia wieczorem, na dworcu w Ełku, aby pociągiem pojechać do zachodniej części Prus Wschodnich.
MazuryOsobliwe: niczego nie pamiętam z ostatnich dni i godzin spędzonych w domu. Nie przypominam sobie pożegnania ze szkolnymi kolegami, nie wiem, czy jeszcze raz wyruszyliśmy na pola, jak to często robiliśmy. Co za przygody można było przeżyć na przykład w oborze! Czy spojrzałem jeszcze raz na dom? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie nawet, czy wtedy uświadamiałem sobie, że to może koniec mojego dzieciństwa, a nawet życia, chociaż przeżywałem już przecież typowe rozczarowania dziecięce, na które podatne są szczególnie wrażliwe dzieci, nawet wychowywane pod troskliwą opieką. Mogę powiedzieć, że tutaj byłem szczęśliwy. Może pomyślałem: „Ten świat, moja mazurska ojczyzna, może zostać zniszczona i być może nigdy do niej nie powrócę".
Była zatem jesień i szybko zapadał zmierzch. Wyjeżdżaliśmy ze wsi na wozie konnym. Powoził Janek, polski jeniec wojenny. On jedyny powróci do Rydzewa. Najpierw jechaliśmy krętymi drogami pokrytymi żwirem, obok cmentarza, gdzie znajdowały się rodzinne groby, następnie wyasfaltowaną szosą Olecko-Ełk przez Straduny, tam, gdzie zaczynała się wioska i zabudowania kupca Spießhofera.
Zrobiło się ciemno, na wozie bujała się lampa naftowa.
Przed nami był już Ełk. Szosę przecinały szyny kolejowe prowadzące z Ełku do Giżycka. Zeskoczyłem z wozu, gdyż spadł mi guzik od kurtki. Szukałem go na poboczu i pozostałem nieco z tyłu.
Nagle z lewej strony nadleciał samolot obniżający lot. Padły strzały. Rozległ się krzyk i za chwilę, Bogu dzięki, było po wszystkim. Samolot zwiększył wysokość i odleciał.
Czy kogoś trafił? Na szczęście nie. Tylko napędził nam strachu.
Z prawej strony pojawiły się pierwsze zabudowania. Ludzie wciągnęli nas do środka.
Pozostaliśmy tutaj na noc. Następnego dnia okazało się, że nasz pociąg i tak nie odjechał. Jeśli dobrze sobie przypominam, z powodu tego samolotu, który zaatakował dworzec. Wówczas myślałem, że to moja wina, ponieważ zgubiłem guzik i nie mogłem znaleźć. Było to wyobrażenie typowe dla mazurskiego świata, który wówczas na zawsze utraciliśmy.


Olsztyn był pierwszym miastem starych Prus Wschodnich, w którym w czerwcu 1980 roku, jadąc przez Toruń i Poznań, zatrzymaliśmy się w hotelu. Od „Relaksu" było blisko do ratusza, do średniowiecznej bramy, na rynek, gdzie przeważała zabudowa starych, odnowionych domów, na zamek krzyżacki, gdzie przez długi czas przebywał Kopernik. W roku 1466 Olsztyn należał do diecezji warmińskiej i przeszedł we władanie polskiego króla. W 1772 roku, po pierwszym rozbiorze Polski, przyłączono go do Prus.
Dwieście lat później zamieszkiwali tu jedynie Polacy. Miasto rozrosło się i dzisiaj jest zdecydowanie większe niż w 1945 roku.
MazuryGdy po uciążliwym dniu leżeliśmy w hotelowych łóżkach, z pobliskiego stawu dochodziło kumkanie żab - czegoś takiego nie przeżyłem od czasu mojego dzieciństwa na Mazurach przed 50 laty. Byłem bardzo wzruszony. Potem usłyszałem komunikaty z dworca i odgłosy lokomotywy. Pomyślałem: tak, to jest ten sam dworzec, na który przyjechaliśmy w 1944 roku - to była pierwsza stacja podczas naszej ucieczki.
Przyjechałem do Olsztyna, aby ponownie zobaczyć miasto. Szukałem na przykład kina, w którym pod koniec 1944 roku oglądałem ostatnie filmy Trzeciej Rzeszy.
Spotkaniu z miastem towarzyszyły mieszane uczucia, a niektóre wspomnienia były przykre.
Przyjechaliśmy tutaj w październiku 1944 dość późno, ponieważ dopiero wieczorem wyjechaliśmy z Ełku. Obawialiśmy się bombardowania i woleliśmy jechać nocą. Przypominam sobie, jak po drodze ktoś powiedział: „Teraz jedziemy przez Pisz".
Długo jechaliśmy przez las. 1 ta osoba dodała jeszcze:
- Miejmy nadzieję, że księżyc nie wzejdzie i Rosjanie nas nie zobaczą.
MazuryPrzedziały w wagonach były zaciemnione. A potem był Olsztyn, dla nas niezwykle duże, pełne życia miasto. Gdy wychodziliśmy z dworca, zaobserwowałem dziwne błyski. Od razu pomyślałem o Rosjanach. Nie przestraszyłem się, lecz spontanicznie skojarzyłem je z wojną i ostrzeliwującymi samolotami. Dopiero po uważnym przyjrżeniu się stwierdziłem, że chodzi o sieć trakcyjną dostawy prądu dla trolejbusów albo tramwajów.
Poza tym moje wspomnienia z tego wieczoru łączą się z dwoma nazwami: Jakubowo i Zielona Górka. Tam odtransportowano uciekinierów. Następnego dnia przydzielono nam mieszkanie w prywatnym domu.
Podczas rozmowy z matką wspominam, że będąc w Olsztynie w 1980 roku, nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Z centrum trudno było mi określić nawet kierunki na niebie, a zawsze byłem taki dumny ze swojej dobrej orientacji w terenie! Oczywiście nie przypominam sobie również, jakie to było mieszkanie.
I matka w tej kwestii wypowiada się nadzwyczaj mgliście. Oboje dochodzimy do wniosku, że kryje się w tym głęboki sens. W Olsztynie po raz pierwszy odczuliśmy, co oznacza być uciekinierem między Niemcami. Po raz pierwszy, ale (naturalnie) nie po raz ostatni. W takim wypadku można cieszyć się z faktu, że większość takich przeżyć zaciera się w pamięci.
Jednakże matka wie co nieco.
-    Starsza para małżeńska - mówi - on był wcześniej nauczycielem. Jedna z córek również była nauczycielką a druga pielęgniarką.

To uzmysławia mi pewną logikę: to była grupa nieprzyjaznych ludzi, ich nastawienie do nas było prawie wrogie. Należeli do innej warstwy społecznej - mieszczaństwa - uważali się widocznie za kogoś lepszego. Dla nich byliśmy nie wiadomo skąd, gdzieś tam z Mazur, dlatego okazywali nam swoją wyższość.
Chociaż nie wspomniałem o tym słowem, matka opowiada, że pielęgniarka skarżyła się na nocny płacz naszego niemowlaka (jak postępuje pielęgniarka w szpitalu w takiej sytuacji?). Wytknięto nam to jako nietakt.
-    Jak długo mieszkaliśmy u nich? - pytam. Nawet tego nie pamiętam.
- Niedługo, około dwóch tygodni - odpowiada matka. - Spotkałam żonę naszego pastora Klatta ze wsi Straduny i od niej dowiedziałam się, że w międzyczasie dojechali mieszkańcy Rydzewa i zatrzymali się we wsi Wołowno, położonej między Olsztynem i Morągiem. Janek, który uciekał naszym wozem, również tam przebywał. Mieliśmy zarezerwowane miejsce. W gospodarstwie były dwie krowy... My oboje, ty i ja, zaraz poinformowaliśmy się dokładnie i wyjechaliśmy pociągiem tego samego dnia. Szybko wprowadziliśmy się i było nam dobrze. Tak, przynajmniej przez czternaście dni w Olsztynie.


MazuryWołowno, podobnie jak Braniewo i Gdynia (która w 1945 nazywała się Gotenhafen), należało do miejsc postoju podczas naszej ucieczki.
Nie odwiedziłem tych miejscowości w 1980 roku, chociaż istniała taka możliwość.
Musiałbym zboczyć z obranej trasy, która prowadziła z Olsztyna do Ełku i Rydzewa, potem do miejscowości Zatyki oraz Olecka, a z powrotem przez Giżycko do Gdańska. Lecz to nie był jedyny powód.
Na pytanie, które wspomnienia związane z ucieczką należą do najbardziej przykrych, przychodzą mi na myśl miejscowości Braniewo, Gdynia i Wołowno. Chociaż zgadza się, że przez kilka tygodni, począwszy od pierwszej połowy listopada 1944 do stycznia 1945 roku, w zasadzie nie było nam źle. Lecz pod koniec tego okresu mieliśmy świadomość dramatycznego kresu i strach tłumił wszelkie inne doznania. Dlatego nie powinienem się dziwić, że niewiele pamiętam z pobytu w Wołownie. Nie wiem nic o gospodarzach, u których mieszkaliśmy. Nie pamiętam na przykład, jak obchodziliśmy ostatnie Boże Narodzenie w Prusach Wschodnich oraz moje dziesiąte urodziny, przypadające na początku stycznia. Nie pamiętam spotkania z przyjaciółmi z Rydzewa i naszych wspólnych zabaw. Jestem bezradny, usiłując sięgnąć do tych wspomnień.
Natomiast dwa lub trzy zdarzenia wryły się w moją pamięć bardzo wyraźnie, jakbym dzisiaj oglądał sceny z filmu.
Któregoś dnia przyjechała do Wołowna panna Spieß. Była to ładna i młoda nauczycielka, która zaczęła uczyć w naszej szkole, na peryferiach Rydzewa, po śmierci nauczyciela o nazwisku Heins. Razem z kolegą, moim rówieśnikiem, odebraliśmy ją z leżącego poza miastem dworca. Bagaż ciągnęliśmy na ręcznym wózku. Było już ciemno. Nauczycielka szła obok nas i rozmawiała z nami.



I jeszcze jedno zdarzenie, które należy do najbardziej zagadkowych z tego okresu.
Zapisałem moje wspomnienia dużo wcześniej, zanim doszło do rozmowy z matką czterdzieści lat po zakończeniu wojny. Najpierw przytoczę moje notatki:
„Kilka dni przed ucieczką wydarzyło się coś potwornego. Pewnego dnia wieczorem usłyszeliśmy nagle we wsi warkot czołgów. Wybiegliśmy przed nasz dom, położony wyżej niż droga. Żołnierze wyglądali przez włazy. Milczeli, zachowywali się jak niemi. Nagle matka pokiwała do żołnierzy i jeden z nich pomachał do niej. Chwilę później odjechali na drugą stronę wsi.
Niemieckie czołgi? Chyba tak, bo jakie mogły być? Jednak przypuszczano, że to nie byli Niemcy. Nikt nie spostrzegł nazistowskich znaków. Jeśli nie Niemcy, to znaczy, że Rosjanie. Zdarzenie miało miejsce kilka dni przed 22 stycznia, gdy zajęty został Olsztyn. To oznaczałoby, że przed 22 stycznia w Wołownie byli Rosjanie? To nieprawdopodobne".
Tyle mówiła moja wersja.
MazuryW roku 1983 matka opisuje powyższe zdarzenie w następujący sposób:
- Tydzień przed wyjazdem, może trzy dni wcześniej, ulicą z Mrągowa, zatem od lewej strony, nadjechał wóz pancerny, na którym siedzieli żołnierze. Było ich dziesięciu albo dwunastu. Na sobie mieli białe, maskujące mundury; wtedy była przecież zima. Nasze podwórze położone było na podwyższonym terenie. Staliśmy tam i kiwaliśmy do nich. Dwóch albo trzech pokiwało do nas. To byli Rosjanie!
Jakież to dziwne! Widać, jak z upływem lat zmieniają się nasze wspomnienia. Nie tylko zacierają się w pamięci rzeczy nieistotne i nieprzyjemne; ogarnia nas po prostu niepewność. Lecz czasem jesteśmy pewni, mamy przed sobą wyraźny obraz z przeszłości, nie jest on jednak całkowicie zgodny z rzeczywistym. Jakie zmiany zaszły w tym czasie u matki, a jakie u mnie? I dlaczego?
Mógłbym przysiąc, że pojazdy nadjechały z prawej strony i że było kilka czołgów, a w nich żołnierze w czarnych mundurach. Matka jest przekonana, że był jeden pojazd, wjechał do wsi z lewej strony, a potem zawrócił i pojechał z powrotem.
- Rosjanie - powtórzyła raz jeszcze. - A my do nich machaliśmy!
- Skąd wiedziałaś, że to byli Rosjanie? - pytam. Przez chwilę jest niepewna.
- No, potem mówiło się, że to byli Rosjanie! - odpowiada. - Obserwowali wieś w poszukiwaniu żołnierzy. A potem znowu odjechali.
W każdym razie panowała przygnębiająca atmosfera, jakby coś wisiało w powietrzu.
My, dzieci, odczuwałyśmy to wyraźnie. Na podwórzach rozlegało się stukanie młotów, mocowano przyczepy do wozów. Nie tylko my, ale również nasi gospodarze czynili przygotowania do ucieczki.
I nagle wszystko stało się bardzo szybko! Był wieczór i już zapadł mrok. Rozniosły się pogłoski, że Rosjanie są już w Olsztynie. A od Olsztyna dzieliło nas niespełna dwadzieścia kilometrów; Rosjanie podchodzili od południa, Wołowno leżało nawet na tej samej wysokości...
ZatykiMatka pamięta szczegóły.
- Wyjechaliśmy 21 stycznia, wieczorem, około godziny siódmej. Pamiętam to tak dokładnie, ponieważ syn pewnej młodej kobiety (niestety zapomniałam jej nazwiska, ale kończyło się na pewno na -ski, a starzy nazywali się Polakowscy) obchodził urodziny.
Starzy pozostali w domu, by dopilnować bydła. Zostawiliśmy również nasze dwie krowy.
Dwa dni później przyjechał do Wołowna na koniu wasz ojciec. Dowiedział się tylko, że już wyjechaliśmy.
Jest to dla mnie bardzo wzruszające zdarzenie (pewnie ktoś mi zarzuci heroizm albo romantyzm). Mój dobry ojciec należał do tych, którzy od początku wojny musieli walczyć na froncie wschodnim. Teraz front dotarł do jego ukochanej ojczyzny. Udało mu się zrealizować zamiar wyjazdu do rodziny - wskoczył na konia i przy galopował do Wołowna, lecz nas już tam nie było. (Następnie walczył w kotle w okolicach Świętej Siekierki i Królewca. Po kapitulacji miasta wzięto go do niewoli i wywieziono do Rosji; to zrujnowało mu zdrowie).
My, dzieci, leżałyśmy na wozie pod pierzynami i prawie cały czas spałyśmy - była przecież noc. Gdy nad ranem obejrzałem się, stwierdziłem, że jedziemy polną drogą przez las w długiej kolumnie wozów. Było strasznie zimno.
Matka, która przez całą noc siedziała z przodu na koźle obok Janka, wspomina:
-    Prowadzący kolumnę jeździł na motorze tam i z powrotem, powtarzając: „Pospieszcie się! Jedźcie szybciej! Rosjanie pożrą nas na żywca!".
MazuryNiebo od strony Olsztyna przybrało wszystkie barwy. Tam byli już Rosjanie, tam był pożar...
A potem nadszedł niezapomniany poranek: w mroźne, ponure przedpołudnie kolumna stanęła. Postój trwał już długi czas. Dlaczego nie jedziemy dalej?
Pamiętam, że po zachodniej stronie rozciągało się rozległe zaśnieżone pole.
Matka opowiada:
-    W ciągu nocy przejechaliśmy około czterdziestu kilometrów. Stanęliśmy we wsi. Janek próbował zorganizować paszę dla koni. Czy napadną nas tu Rosjanie? „Niech pani zostanie, gdy oni przyjdą, powiem, że pani jest moją żoną, wtedy nic pani nie zrobią", powiedział Janek.
Matka jednak nie wierzyła, że coś takiego może się dobrze skończyć. Bardzo bała się Rosjan.
Pamięta, że wszystko wtedy zostawiliśmy i dalej uciekaliśmy wojskową ciężarówką. Janek miał zamiar sam kontynuować ucieczkę. Później nikt nie potrafił powiedzieć, co robił i jak potoczyły się jego losy. Co mu wówczas przyszło do głowy? Przez lata musiał pracować na gospodarstwie chwilowych zwycięzców; tylko raz pozwolono mu na kilkudniowy wyjazd do rodziny. Mieliśmy z nim dobrze, a on miał dobrze u nas.
Czy naprawdę chciał przetransportować nasz dobytek na Zachód, chociaż nie wiadomo było, dokąd pojechaliśmy? Rozumiałbym go doskonale, gdyby w takiej chwili myślał tylko o sobie i swoich krewnych. Przypominam sobie ze szczegółami ten ranek. Matka oddaliła się od wozu i wróciła bardzo wzburzona. „Mówi się, że Rosjanie mogą tu być w każdej chwili. Ratuj się, kto może! Chodźcie, dzieci, żołnierze nas zabiorą!"
Złapaliśmy jakieś drobiazgi z wozu. Nie było czasu na zastanawianie się. W pośpiechu zostawiliśmy najważniejsze rzeczy, między innymi rodzinne dokumenty, które matka schowała w koszu na bieliznę. Pobiegliśmy do samochodu Wehrmachtu.
My: kobieta z pięciorgiem dzieci, najmłodsze jeszcze w wózeczku. Wsadzili nas na ciężarówkę, skryliśmy się za plandeką i auto ruszyło.



Po trzydziestu ośmiu latach, rok 1983: Co pozostało w pamięci? Herbert Reinoß


Nie było powrotu

Nie było powrotu
Książka wydana przez Wydawnictwo Replika, 2008 rok. www.replika.eu

Inne ksiązki Wydawnictwo Replika traktujących o problemie wypędzonych:
- Kobiety wypędzone. Opowieść o zemście zwycięzców, Marianne Weber
- Nikt już nie oczekiwał litości. Los niemieckich wypędzonych, Ulrich Völklein

Fotografie archiwalne: Masuren: Eine deutsche Landschaft in Ostpreussen. Buchholtz, Hansgeorg. Königsberg 1940.
Elbląska Biblioteka Cyfrowa. Identyfikator zasobu: oai:dlibra.bibliotekaelblaska.pl:18772. Sygnatura: 34480

Fotografie współczesne: Józef Kunicki