• www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

www.olecko.info

Olecko - historia, geografia, mapy, artykuły, dokumenty ...

User Rating:  / 2
PoorBest 


Nie było powrotuPotem uciekaliśmy po raz drugi. Był już październik, gdy ponownie spakowaliśmy bagaże i wyjechaliśmy wozami przez Olecko, Giżycko i Ryn do miejscowości Ukta w powiecie Mrągowo. Tam rozdzielono mieszkańców Plewek i skierowano do różnych gospodarstw. Nas przydzielono do sąsiedniej miejscowości Wygryny nad jeziorem Beł-dany. W tej pięknej okolicy spędziliśmy ostatnie miłe dni, ostatnią późną jesień w Prusach i początek zimy. Troski i niepewność szargały nerwy starszych, my - młodzież - uważaliśmy wszystko za pasjonujące i nowe. Jedzenia było pod dostatkiem; przed nami leżało spokojne jezioro, sklepy były otwarte. Do sielankowej atmosfery nie pasowały jedynie przemieszczające się drogami kolumny żołnierzy, saperów i artylerii. Cudzoziemscy robotnicy musieli ponownie wrócić. Na rozkaz Volkssturmu zostali skierowani do prac przy żniwach i do młócenia ziarna, aby się nie zmarnowało. Porucznik Motzkuhn sprawował pieczę nad pracami w rejonie Mieruniszki, Plewki i Borawskie. Nasze gospodarstwo w Plewkach było tak duże, iż przydzielono nam do prac polowych pięciu łudzi: dwóch Rosjan, Polaka i dwie Rosjanki.
W Wygrynach przebywaliśmy razem z naszym sąsiadem, panem von Kulessa, który pozostał z nami, gdy sprawy toczyły się dalej.
Całkiem niespodziewanie, około 25 stycznia, musieliśmy uciekać Front został przełamany, oddziały rosyjskie przebiły się głęboko na tereny Prus Wschodnich i znalazły się w zachodniej części Prus. Ich celem był Elbląg, jednakże wtedy o tym nie wiedzieliśmy.
Z dala dochodził do nas huk armat, a w drodze do Mikołajek nasze wozy dosięgną! już ogień karabinowy. Pędziliśmy naprzód, dalej i dalej. Widzieliśmy na polu wybuchające granaty i ostrzelane wozy, na poboczu leżały wyrzucone rzeczy. Było zimno, lecz z powodu zdenerwowania i strachu prawie nie odczuwaliśmy mrozu. Dopiero gdy pokonaliśmy niebezpieczny odcinek i nie było słychać strzałów, doszliśmy jako tako do siebie.
Na drodze tworzyły się korki. Próbowaliśmy je ominąć, jadąc przez pole. Czasem udawało się nam posuwać szybko, czasem zmuszeni byliśmy do długiego czekania, gdyż droga miała być wolna dla pojazdów militarnych. Na szosie widać było żołnierzy, różnego rodzaju pojazdy, mężczyzn z Volkssturmu oraz podążających na południe lub północ uciekinierów. Nasi cudzoziemscy robotnicy przez pewien czas byli z nami, a później gdzieś przepadli. Jechaliśmy przez Mrągowo i Reszel do Bisztynek, następnie do Lidzbarka Warmińskiego, potem z powrotem do wsi Lutry, położonej dobre 20 kilometrów od Lidzbarka.
Jazda nie była dostatecznie szybka. Korki na drodze, zimno i zmęczone konie - wszystko to uniemożliwiało nam prędki ratunek. Tutaj, w trójkącie Lidzbarka Warmińskiego, jak to później nazywano w wojennych sprawozdaniach, dopełnił się nasz los. Wszyscy przepełnieni trwogą uciekinierzy z przeróżnych rejonów, kobiety, starcy i dzieci biegli, by ocalić życie. Chowali się w szopach i domach. Jednakże Rosjanie odnaleźli nas. Odebrali nam wszystko, co wydawało im się cenne: biżuterię, zegarki, dobrej jakości ubrania, żywność, torby, wozy i konie.
Z Plewek było sześć osób. Pani von Kulessa z synem Paulem i córką Martą, moja matka, siostra Elisabeth i ja. Mężczyzn zebrano w jedno miejsce i odprowadzono. Po południu przyszli również po mnie i starszego o rok Paula. Przeszukano nas powtórnie. Kazano nam podnieść ręce i czekać - nieskończenie długo czekać. Potem spędzono nas wszystkich w miejscowości Lutry, przy szosie między Bisztynkiem i Jezioranami. Tutaj płynie mała rzeczka, na której wycofujący się saperzy wysadzili most.
Nie było powrotuDwa tygodnie musieliśmy pracować przy moście. Do dyspozycji mieliśmy prymitywne narzędzia, nie zapewniono nam jedzenia, nie mieliśmy koniecznych materiałów budowlanych i znajomości rzeczy. Przy trzaskającym mrozie usiłowaliśmy doprowadzić most do stanu używalności, tak aby był znowu przejezdny. Na nas - czterdziestu mężczyznach - skupiła się cała nienawiść i złość Rosjan. Dręczyli nas, bili i kopali. Pałkami i kolbami udowadniali swoją władzę nad nami. Gdybyśmy nie byli potrzebni do tej pracy, nie udałoby się nam ujść z życiem z tego piekła. Nie dawano nam jedzenia. W drodze do miejsca odpoczynku - pustego pomieszczenia, bez łóżek i wody - znajdowaliśmy resztki pożywienia, zamarznięte kartofle i buraki. Strażnicy nie byli ludźmi, nie posiadali żadnych uczuć, nie znali litości. Podobnie cierpieli więźniowie wojenni z Francji i Włoch; im nie było lepiej niż nam. Nie wszyscy przeżyli te 14 dni pracy przy moście. Niektórych rozstrzelano bądź zabito kolbami, inni zmarli z powodu zimna i głodu. Pochowano ich na poboczu drogi.
Nareszcie pozwolono nam odejść. Jednakże wolność otrzymali tylko bardzo młodzi. Szybko stąd uciec, szybko uciec jak najdalej od tego strasznego miejsca! Chcieliśmy wrócić do naszych matek, które spodziewaliśmy się znaleźć w okolicach Mrągowa, gdyż w mieście ich nie było. Przebijałem się z Paulem w kierunku Mrągowa, a potem dalej do Rucianego-Nidy i miejscowości Wygryny, 60 kilometrów na południe. Baliśmy się, że znowu nas zabiorą. Dokuczał nam straszny głód i nieustannie szukaliśmy czegoś, co nadawałoby się do jedzenia. Nie pamiętam, ile dni byliśmy w drodze. W Wygrynach spotkałem matkę. Opowiedziała, że moją siostrę Lieschen wysłano do obozu pracy na Uralu. Druga siostra Edith, zatrudniona w Stożnem jako pomoc nauczycielska, w porę wyjechała na Pomorze pociągiem przez Reszel. Ojcu i innemu koledze z Volkssturmu powiodła się ucieczka na Zachód przez zamarznięty zalew i mierzeję. W tamtych czasach nie mieliśmy o sobie żadnych wiadomości.
Nie było powrotuPo kilku tygodniach, był to chyba już koniec marca albo początek kwietnia, gdy urządziliśmy się w miarę wygodnie i mieliśmy już nadzieję na normalizację życia, do domu przyszli Rosjanie i aresztowali nas. Zamknięto nas w obozie. Musieliśmy pracować przy krowach: doić, karmić i przywozić paszę. Paula von Kulessę wywieziono do Rosji. Przypadek sprawił, że nie zabrano mnie. Rosyjscy strażnicy traktowali nas źle, pożywienia było mało i nie nadawało się do jedzenia. Pewnego dnia uświadomiliśmy sobie, że sytuacja nie ulegnie poprawie. Złe traktowanie i dokuczliwy głód sprawił, że postanowiliśmy uciec do domu, wrócić do Plewek. Byliśmy załamani panującym ubóstwem i codziennym poszukiwaniem jedzenia. Umówiliśmy się z gospodarzem Kampfem z miejscowości Duły oraz rolnikiem Szo-druchem z Plewek. W nocy razem wyruszyliśmy. Gdy pracowałem w gazowni w Piszu, znalazłem podwozie ręcznego wózka, teraz dobudowaliśmy do niego ścianki i zapakowaliśmy nasz skromny dobytek. Nie posiadaliśmy już przedmiotów wartościowych, jedynie trochę bielizny, stary koc i odejmowany od ust zapas suchego chleba. Na wózku znajdowały się również rzeczy Kampfa i Szodrucha.
Do miejscowości Duły dotarliśmy bez problemów, tam pożegnał nas Kampf. Szodruch, który miał zamiar wrócić do Plewek, zniknął pewnego dnia i nie wiemy, co się z nim stało. Opowiadano nam później, że zamordowano go w Plewkach.
Do naszego domu w międzyczasie wprowadzili się Polacy. Dano nam wyraźnie do zrozumienia, że jesteśmy niemile widziani. Przez dwa dni znosili naszą obecność w domu, nie dawano nam nic do jedzenia. Pilnowano nas, abyśmy nie zabrali niczego z naszych własnych rzeczy, splądrowanych już przez Rosjan.