• www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

www.olecko.info

Olecko - historia, geografia, mapy, artykuły, dokumenty ...

User Rating:  / 2
PoorBest 
Oczywiście przede wszystkim pojechałem do Schwarzberge, w powiecie ełckim (tak nazywała się ta wioska, przedtem nosiła nazwę Rydzewen, dzisiaj Polacy nazywają ją Rydzewo). Tutaj urodziłem się w 1935 roku, tutaj mieliśmy gospodarstwo i mieszkaliśmy do jesieni 1944 roku. Powtórne spotkanie nasunęło na myśl jedno słowo: STRACONE.
MazuryDzisiaj, aby tam dojechać, trzeba przemierzyć setki kilometrów przez zamieszkane przez Polaków regiony, a do granicy, gdzie na wypukłości zaczyna się niewyobrażalna Rosja, jest tylko siedemdziesiąt kilometrów.
Uświadomiłem sobie zaszłe zmiany szczególnie w momencie, gdy stanąłem przed szkolnym budynkiem z cegły. Wszedłem jeszcze raz do gmachu, przed którym rozciągało się podwórze (teraz obrośnięte chwastami), gdzie spędzaliśmy przerwy. Przypominałem sobie te pauzy niemal w najdrobniejszych szczegółach. Równocześnie odniosłem wrażenie, iż to prawie niemożliwe. Naprawdę tutaj chodziłem do szkoły? Tutaj, gdzie na mapie samochodowej zaznaczona jest wieś w dzisiejszej Polsce?
Sielankowa wioska, położona po wschodniej stronie małego jeziora, którą miałem w pamięci, przedstawiała obraz upadku. Słyszałem wprawdzie o zniszczeniach, lecz nie o całkowitej zagładzie. Byłem przerażony. Nie ukrywam, że odczuwałem to jako katastrofę. Musiałem sięgnąć głęboko do pamięci: równie zniszczone były miasta podczas wojny trzydziestoletniej, które potem poszły w zapomnienie. Historia kultury używa w takim przypadku określenia „całkowite spustoszenie". Później myślałem częściej o dewastacji w obu okresach - w roku 1945 i podczas wojny trzydziestoletniej.
Tam, gdzie kiedyś nad jeziorem stało nasze gospodarstwo, nie było śladu ani domu, ani stajni, ani stodoły. Miejsce zarastały krzaki i chwasty. Absolutna dewastacja dzieła rąk ludzkich. Jednakowoż w tej porosłej w ciągu ponad trzydziestu lat dziczy jedno było jak dawniej: na naszym podwórzu zakwitł właśnie bez, jak każdego roku w moim dzieciństwie...
ZatykiZatem w Rydzewie, w powiecie ełckim, rozpoczęła się nasza ucieczka. Babcia, mieszkająca dziesięć kilometrów dalej na wschód, w wiosce Zatyki, leżącej w powiecie oleckim, mogła wyjechać wcześniej.
Pochodząca stamtąd moja matka wspomina po prawie czterdziestu latach:
- Jak wyjechali już mieszkańcy wsi Zatyki, a my jeszcze ciągle byliśmy w domu, pojechałam tam jeszcze raz na rowerze (jazda trwała pół godziny). Gdy weszłam na podwórze ładnego gospodarstwa, zobaczyłam, że wszystko było opuszczone i drzwi stały otworem. Nagle ze wszystkich stron nadbiegły: pies (piękny owczarek), kury, świnie, bydło... Można utracić wszystko - mówi matka - rzeczy materialne, to nie jest najgorsze. Ale zwierzęta! Jak one patrzyły mi w oczy... Chciałam zabrać chociaż psa. Ale on nie chciał, wolał zostać w domu... Albo nasza krowa z Rydzewa - opowiada dalej - pod koniec musieliśmy ją oddać, a ona pewnego wieczoru zaryczała przed wrotami naszej stajni. Uciekła tamtym i wróciła...
W naszej rodzinie było dużo dzieci. Miałem czworo młodszego rodzeństwa, chociaż sam liczyłem dziesięć lat. Najmłodsze leżało jeszcze w wózeczku. Pod koniec października 1944, wcześniej niż inni mieszkańcy wioski, otrzymaliśmy polecenie stawienia się, pewnego dnia wieczorem, na dworcu w Ełku, aby pociągiem pojechać do zachodniej części Prus Wschodnich.
MazuryOsobliwe: niczego nie pamiętam z ostatnich dni i godzin spędzonych w domu. Nie przypominam sobie pożegnania ze szkolnymi kolegami, nie wiem, czy jeszcze raz wyruszyliśmy na pola, jak to często robiliśmy. Co za przygody można było przeżyć na przykład w oborze! Czy spojrzałem jeszcze raz na dom? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie nawet, czy wtedy uświadamiałem sobie, że to może koniec mojego dzieciństwa, a nawet życia, chociaż przeżywałem już przecież typowe rozczarowania dziecięce, na które podatne są szczególnie wrażliwe dzieci, nawet wychowywane pod troskliwą opieką. Mogę powiedzieć, że tutaj byłem szczęśliwy. Może pomyślałem: „Ten świat, moja mazurska ojczyzna, może zostać zniszczona i być może nigdy do niej nie powrócę".
Była zatem jesień i szybko zapadał zmierzch. Wyjeżdżaliśmy ze wsi na wozie konnym. Powoził Janek, polski jeniec wojenny. On jedyny powróci do Rydzewa. Najpierw jechaliśmy krętymi drogami pokrytymi żwirem, obok cmentarza, gdzie znajdowały się rodzinne groby, następnie wyasfaltowaną szosą Olecko-Ełk przez Straduny, tam, gdzie zaczynała się wioska i zabudowania kupca Spießhofera.
Zrobiło się ciemno, na wozie bujała się lampa naftowa.
Przed nami był już Ełk. Szosę przecinały szyny kolejowe prowadzące z Ełku do Giżycka. Zeskoczyłem z wozu, gdyż spadł mi guzik od kurtki. Szukałem go na poboczu i pozostałem nieco z tyłu.
Nagle z lewej strony nadleciał samolot obniżający lot. Padły strzały. Rozległ się krzyk i za chwilę, Bogu dzięki, było po wszystkim. Samolot zwiększył wysokość i odleciał.
Czy kogoś trafił? Na szczęście nie. Tylko napędził nam strachu.
Z prawej strony pojawiły się pierwsze zabudowania. Ludzie wciągnęli nas do środka.
Pozostaliśmy tutaj na noc. Następnego dnia okazało się, że nasz pociąg i tak nie odjechał. Jeśli dobrze sobie przypominam, z powodu tego samolotu, który zaatakował dworzec. Wówczas myślałem, że to moja wina, ponieważ zgubiłem guzik i nie mogłem znaleźć. Było to wyobrażenie typowe dla mazurskiego świata, który wówczas na zawsze utraciliśmy.