• www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

  • www.olecko.info

www.olecko.info

Olecko - historia, geografia, mapy, artykuły, dokumenty ...

User Rating:  / 2
PoorBest 
Olsztyn był pierwszym miastem starych Prus Wschodnich, w którym w czerwcu 1980 roku, jadąc przez Toruń i Poznań, zatrzymaliśmy się w hotelu. Od „Relaksu" było blisko do ratusza, do średniowiecznej bramy, na rynek, gdzie przeważała zabudowa starych, odnowionych domów, na zamek krzyżacki, gdzie przez długi czas przebywał Kopernik. W roku 1466 Olsztyn należał do diecezji warmińskiej i przeszedł we władanie polskiego króla. W 1772 roku, po pierwszym rozbiorze Polski, przyłączono go do Prus.
Dwieście lat później zamieszkiwali tu jedynie Polacy. Miasto rozrosło się i dzisiaj jest zdecydowanie większe niż w 1945 roku.
MazuryGdy po uciążliwym dniu leżeliśmy w hotelowych łóżkach, z pobliskiego stawu dochodziło kumkanie żab - czegoś takiego nie przeżyłem od czasu mojego dzieciństwa na Mazurach przed 50 laty. Byłem bardzo wzruszony. Potem usłyszałem komunikaty z dworca i odgłosy lokomotywy. Pomyślałem: tak, to jest ten sam dworzec, na który przyjechaliśmy w 1944 roku - to była pierwsza stacja podczas naszej ucieczki.
Przyjechałem do Olsztyna, aby ponownie zobaczyć miasto. Szukałem na przykład kina, w którym pod koniec 1944 roku oglądałem ostatnie filmy Trzeciej Rzeszy.
Spotkaniu z miastem towarzyszyły mieszane uczucia, a niektóre wspomnienia były przykre.
Przyjechaliśmy tutaj w październiku 1944 dość późno, ponieważ dopiero wieczorem wyjechaliśmy z Ełku. Obawialiśmy się bombardowania i woleliśmy jechać nocą. Przypominam sobie, jak po drodze ktoś powiedział: „Teraz jedziemy przez Pisz".
Długo jechaliśmy przez las. 1 ta osoba dodała jeszcze:
- Miejmy nadzieję, że księżyc nie wzejdzie i Rosjanie nas nie zobaczą.
MazuryPrzedziały w wagonach były zaciemnione. A potem był Olsztyn, dla nas niezwykle duże, pełne życia miasto. Gdy wychodziliśmy z dworca, zaobserwowałem dziwne błyski. Od razu pomyślałem o Rosjanach. Nie przestraszyłem się, lecz spontanicznie skojarzyłem je z wojną i ostrzeliwującymi samolotami. Dopiero po uważnym przyjrżeniu się stwierdziłem, że chodzi o sieć trakcyjną dostawy prądu dla trolejbusów albo tramwajów.
Poza tym moje wspomnienia z tego wieczoru łączą się z dwoma nazwami: Jakubowo i Zielona Górka. Tam odtransportowano uciekinierów. Następnego dnia przydzielono nam mieszkanie w prywatnym domu.
Podczas rozmowy z matką wspominam, że będąc w Olsztynie w 1980 roku, nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Z centrum trudno było mi określić nawet kierunki na niebie, a zawsze byłem taki dumny ze swojej dobrej orientacji w terenie! Oczywiście nie przypominam sobie również, jakie to było mieszkanie.
I matka w tej kwestii wypowiada się nadzwyczaj mgliście. Oboje dochodzimy do wniosku, że kryje się w tym głęboki sens. W Olsztynie po raz pierwszy odczuliśmy, co oznacza być uciekinierem między Niemcami. Po raz pierwszy, ale (naturalnie) nie po raz ostatni. W takim wypadku można cieszyć się z faktu, że większość takich przeżyć zaciera się w pamięci.
Jednakże matka wie co nieco.
-    Starsza para małżeńska - mówi - on był wcześniej nauczycielem. Jedna z córek również była nauczycielką a druga pielęgniarką.

To uzmysławia mi pewną logikę: to była grupa nieprzyjaznych ludzi, ich nastawienie do nas było prawie wrogie. Należeli do innej warstwy społecznej - mieszczaństwa - uważali się widocznie za kogoś lepszego. Dla nich byliśmy nie wiadomo skąd, gdzieś tam z Mazur, dlatego okazywali nam swoją wyższość.
Chociaż nie wspomniałem o tym słowem, matka opowiada, że pielęgniarka skarżyła się na nocny płacz naszego niemowlaka (jak postępuje pielęgniarka w szpitalu w takiej sytuacji?). Wytknięto nam to jako nietakt.
-    Jak długo mieszkaliśmy u nich? - pytam. Nawet tego nie pamiętam.
- Niedługo, około dwóch tygodni - odpowiada matka. - Spotkałam żonę naszego pastora Klatta ze wsi Straduny i od niej dowiedziałam się, że w międzyczasie dojechali mieszkańcy Rydzewa i zatrzymali się we wsi Wołowno, położonej między Olsztynem i Morągiem. Janek, który uciekał naszym wozem, również tam przebywał. Mieliśmy zarezerwowane miejsce. W gospodarstwie były dwie krowy... My oboje, ty i ja, zaraz poinformowaliśmy się dokładnie i wyjechaliśmy pociągiem tego samego dnia. Szybko wprowadziliśmy się i było nam dobrze. Tak, przynajmniej przez czternaście dni w Olsztynie.


MazuryWołowno, podobnie jak Braniewo i Gdynia (która w 1945 nazywała się Gotenhafen), należało do miejsc postoju podczas naszej ucieczki.
Nie odwiedziłem tych miejscowości w 1980 roku, chociaż istniała taka możliwość.
Musiałbym zboczyć z obranej trasy, która prowadziła z Olsztyna do Ełku i Rydzewa, potem do miejscowości Zatyki oraz Olecka, a z powrotem przez Giżycko do Gdańska. Lecz to nie był jedyny powód.
Na pytanie, które wspomnienia związane z ucieczką należą do najbardziej przykrych, przychodzą mi na myśl miejscowości Braniewo, Gdynia i Wołowno. Chociaż zgadza się, że przez kilka tygodni, począwszy od pierwszej połowy listopada 1944 do stycznia 1945 roku, w zasadzie nie było nam źle. Lecz pod koniec tego okresu mieliśmy świadomość dramatycznego kresu i strach tłumił wszelkie inne doznania. Dlatego nie powinienem się dziwić, że niewiele pamiętam z pobytu w Wołownie. Nie wiem nic o gospodarzach, u których mieszkaliśmy. Nie pamiętam na przykład, jak obchodziliśmy ostatnie Boże Narodzenie w Prusach Wschodnich oraz moje dziesiąte urodziny, przypadające na początku stycznia. Nie pamiętam spotkania z przyjaciółmi z Rydzewa i naszych wspólnych zabaw. Jestem bezradny, usiłując sięgnąć do tych wspomnień.
Natomiast dwa lub trzy zdarzenia wryły się w moją pamięć bardzo wyraźnie, jakbym dzisiaj oglądał sceny z filmu.
Któregoś dnia przyjechała do Wołowna panna Spieß. Była to ładna i młoda nauczycielka, która zaczęła uczyć w naszej szkole, na peryferiach Rydzewa, po śmierci nauczyciela o nazwisku Heins. Razem z kolegą, moim rówieśnikiem, odebraliśmy ją z leżącego poza miastem dworca. Bagaż ciągnęliśmy na ręcznym wózku. Było już ciemno. Nauczycielka szła obok nas i rozmawiała z nami.